Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na naukę nigdy nie jest za późno.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na naukę nigdy nie jest za późno.... Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 czerwca 2013

Fascynacja kobietą...

Jest tak niewiele programów kulinarnych, które ogląda się z otwartą buzią i śliną cieknącą po brodzie. Te wszystkie produkcje TVN, to nic innego jak lans siebie a nie potraw przez siebie przygotowywanych. Komentarze i wygląd gotujących świadczą o tym, że w kuchni nie należy umieć przyrządzać potraw, a jedynie wyglądać i bez sensu gadać. No, ale jak się nie ma KuchniaTV, to się lubi co się ma i ogląda te brednie, czasem wyciągając z nich coś dla siebie. Na szczęście (też niby na TVN), powtarzają co jakiś czas programy z Nigella Lawson. No ta, to ani wyglądać specjalnie nie musi, ani nawet mówić, żeby mieć ochotę natychmiast po programie biec do kuchni i próbować przygotować to co zaproponowała. Prosto, zrozumiale dla każdego a do tego pysznie. Taki program obejrzałam i wyjęłam z niego dla siebie przepis na pulpeciki z indyka z selerem naciowym i sosem pomidorowym.

Potrzebujemy:
500dkg mielonego mięsa indyka
3-4 gałązki selera naciowego
dużą cebulę
sos Worcestershire
sos pomidorowy
suszony tymianek
drobno tarty parmezan 3 łyżki
bułka tarta 3 łyżki


Seler z cebulą miksujemy na gładką papkę. Trzy łyżki dodajemy do mięsa razem z łyżeczką suszonego tymianku, bułką, sosem i parmezanem. Z mięsa formujemy maleńkie polpeciki. Mnie wyszły 54 sztuki.
Resztę masy selerowo-cebulowej podsmażamy na łyżce oleju. Dodajemy pomidory i tymianek. Po chwili wkładamy do sosu pulpeciki i dusimy około pół godziny co jakiś czas potrząsając garnkiem. Można jeść z chlebem, kaszą, ryżem...jak kto lubi.

 


wtorek, 19 lutego 2013

Charcik włoski, pies doskonały...prawie zawsze :-)

Charcik Włoski oryginalna nazwa piccolo levriero italiano. Rasa psa zaliczana do grupy chartów.Pies myśliwski, wyścigowy pies-towarzysz.
Głowa smukła, oczy duże, ogon cienki i długi.
Sierść krótka i delikatna, umaszczenie jednolite, czarne, szare, błękitne lub płowe („izabelowate”).
Inteligentne, uczuciowe, łagodne, wesołe i aktywne. Żyją w zgodzie z innymi domownikami.
Nie wymaga większych zabiegów; uwagę należy zwrócić na higienę uzębienia (stosunkowo często występuje kamień nazębny). Ułożenie pod warunkiem konsekwencji nie jest trudne. Rasa aktywna, wymaga ruchu.
Waga do 5 kilogramów, a wzrost maksymalnie 38 centymetrów.

Wybierając taką rasę kierowaliśmy sie głównie tym, żeby: pies nie miał zbyt długiej sierści, nie wymagał zbyt wielu zabiegów pielęgnacyjnych, lubił jeździć autem, ponieważ sporo podróżujemy, był niewielkich rozmiarów i nie chorował.

Nasz charcik uwielbia się przytulać, cały czas siedziałby na rękach, uwielbia spać w pościeli. Nie cierpi wychodzić na dwór gdy jest zimno, śnieg omija szerokim łukiem, jeśli ma taką możliwość oczywiście i w przypadku nauki czystości jest cholernie oporny na wiedzę. Tylko co któryś raz udaje mu się trafić na podkład, a wtedy przybiega i oznajmia swoją radość z tego, że trafił.
Ogromny pieszczoch i ogromna radość.
Nasz ma umaszczenie błękitne i pochodzi z miotu na literę A, dlatego nazwaliśmy go Azul (po hiszpańsku oznacza błękitny, niebieski).












poniedziałek, 18 lutego 2013

Ciasto marchewkowe...i dlaczego właściwie jest ono takie pyszne

Siostra moja rodzona, co nieco starsza ode mnie, od dłuższego czasu mieszka w Anglii. Wiele lat minęło, zanim zebraliśmy się i pojechaliśmy całą rodziną w odwiedziny. Po pierwsze dość daleko jednak do niej, a po drugie nie zawsze zgadzałyśmy się ze sobą, więc chyba niezbyt mi się do niej spieszyło. Pojechaliśmy na poprzednie Święta Wielkanocne i ten wyjazd bardzo ocieplił nasze stosunki, żeby nie powiedzieć nadał im w końcu jakiś głębszy sens. Bardzo zbliżył nas do siebie, wiele udało nam się wyjaśnić nieporozumień, które zalegały w nas od lat.
Udało nam się też wtedy zobaczyć kawałek Anglii, może bardzo maleńki fragmencik, ale pozwoliło to rozbudzić ciekawość i ochotę na więcej. Byliśmy tam też całe wakacje, ale do tego wrócę jeszcze kiedyś.
Podczas tamtego wielkanocnego pobytu pojechaliśmy między innymi zwiedzać Edynburg, to piekne, stare miasto, z fantastycznymi zabytkami, podobno jedna z trzech obok Pragi i Lizbony najpiękniejszych "starówek" na świecie.











Wiele klimatycznych kawiarenek, a w jednej z nich zamówiliśmy do kawy ciasto marchewkowe, najpyszniejsze, jakie kiedykolwiek jadłam.
Razem z siostrą spróbowałyśmy odtworzyć ten smak. Udało się, to przepis doskonały, ciasto łatwe do wykonania, a smak zniewala.

Ciasto marchewkowe:
2 jaja
200g cukru brązowego
150ml oleju
200g startej marchewki

50g posiekanych orzechów włoskich
75g ananasa z puszki
50g wiórków kokosowych
200g mąki
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka sody
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

Jaja ubić aż podwoją objętość. Dodać cukier i ubijać do gładkości. Dodać pozostałe składniki. Wymieszać. Piec 1 godzinę w 150 stopniach. Jak wystygnie to przygotować lukier:
mało soku ananasowego + dużo cukru pudru
i polać nim ciasto.









czwartek, 14 lutego 2013

Walentynki...nie-walentynki

Przecież ja nie obchodzę. Z mym  od 13 lat mężem, a od 16 lat towarzyszem życia właściwie od początku znajomości w ten dzień konkretnie nie świętowaliśmy. Kupowaliśmy poprostu coś fajnego, wyjątkowego do jedzenia, dobre winko, miło i wspólnie spędzaliśmy czas. Od 13 lat mamy dzieci , to znaczy jedno od 13 a drugie od 8 i od tamtej chwili zawsze to oni dostają od nas jakiś drobiazg. W tym roku żelki na patyku, któregoś roku poduszki z miłosnymi wyznaniami, zwykle raczej coś słodkiego, serduszkowego.
I nie obchodzę, ale na śniadanie przygotowuje serduszkowe kanapki, na obiad bedzie ryż z curry z kurczaka i mango, a wieczorem zjemy sushi i napijemy się wina...no to obchodzę czy nie? Czasami marzy mi sie coś spontanicznego i romantycznego...ale czy nie najważniejsze, że od tych szesnastu lat jesteśmy ze sobą na dobre i na złe, czy to nie najważniejszy dowód miłości? Czy musimy okazać sobie to jeszcze konkretnie 14 lutego każdego roku?
Walentynki...dostaliśmy dziś od młodszego serduszkowy koszyczek a w nim osobiste życzenia dla Taty i Mamy...i to mnie wzrusza, dla takich podarunków niech sobie będą te Walentynki.





Azul też dziś dostał swoją Walentynkę, przysłali dziś zawieszkę do obroży, zamówioną wcześniej przez nas.
Tylko obroży jeszcze nie przysłali, ale pewnie nadejdzie wkrótce.




Dla wszystkich obchodzących i nie obchodzących WESOŁEGO WALENTEGO!!

środa, 13 lutego 2013

Chilli Con Carne

Ale to brzmi...Chilli Con Carne...jak myślę o tym daniu, to marzy mi się Meksyk...

Gotowałam pierwszy raz.

Potrzebujemy:
pół kilograma wołowiny
dwie puszki czerwonej fasoli bez zalewy
4 puszki sosu pomidorowego z kawałkami pomidorów
4 ząbki czosnku
pół łyżeczki mielonego kminku
posiekana papryczka chili
pół łyżeczki oregano
łyżka mąki
sół, pieprz, cukier i olej



W dużym garnku rozgrzałam olej, podsmażyłam na nim mięso. Jak się zrumieniło, dodałam wszystkie przyprawy i gotowałam jeszcze chwilę, cały czas mieszając. Wlałam wszystkie sosy pomidorowe i dusiłam wszystko jeszcze pół godziny na małym ogniu (w elektrycznej kuchence na 4 poziomie). Co jakiś czas mieszałam, aby się nie przypaliło. Wrzuciłam fasolę i pogotowałam jeszcze 5 minut. Chilli podałam z ryżem.
Do smaku można podać tarty żółty ser, kwaśną śmietanę, awokado, drobniutko pokrojoną cebulę lub szczypior. Ja wybrałam opcję ze śmietaną i awokado... i to był trafny wybór, smakowało świetnie.


poniedziałek, 4 lutego 2013

Zero pomysłów..a potem kasza gryczana

Macie tak, że wymyślenie czegoś na obiad staje się dla Was problemem, nie do przebrnięcia. Ja tak ostatnio mam. Zwłaszcza, że do wykarmienia cztery gęby i każda najchętniej jadłaby co innego. Mama oczywiście wiecznie walczy z nadwagą, to najchętniej warzywa...Tata ostatecznie też przymknąłby oko na te warzywa, ale może do tego jakieś mięsko...ale niekoniecznie drób, nie przepada poprostu. Starszy warzyw nie trąca w ogóle, za to drób najchętniej, no i z "frytkami do tego" oczywiście. Młodszy warzywa i owszem, drób też być może...ale ten właściwie, to najmniej wybredny narazie jeszcze jest. Mało rzeczy mu nie smakuje, ale jak nie spróbuje to nie powie, że nie. Przeciwnie do Starszego, ten nie próbuje, bo wystarczy, że kolor mu nie podchodzi i już nie ma tematu.

W ten weekend wymyśliłam kaszę gryczaną z sosem grzybowym. I tak: Mama z Tatą jadła kaszę z sosem grzybowym, minutowy sznycel wołowy i kiszonego ogórka, Starszy jadł ziemniaki, kotlet z indyka i marchewkę z jabłkiem, a Młodszy kaszę z sosem, kotlet z indyka i marchewkę z jabłkiem. Jakoś ich pogodziłam, choć garów kilka w ruch poszło.

Sos grzybowy wart zarejestrowania i powtórzenia wielokrotnego:
200g suszonych grzybów,
1 cebula,
1/4 kostki masła
3 łyżki mąki
szklanka bulionu

Cebulę posiekać drobno, zeszklić na maśle, mąkę na osobnej patelni uprażyć, aż się zezłoci. Dodać mąkę do cebuli i zalać bulionem. Grzyby namoczone przed nocą w zimnej wodzie, przegotować, posiekać i dodać do cebuli. Gotować jeszcze przez chwilę na małym ogniu. Sos jest boski, a z kaszą gryczaną i ogórkiem kiszonym smakuje super.



W sobotę porwałam się jeszcze na faworki (8 żółtek, szklanka piwa i mąka do wgniecenia) oraz tort bezowy, bo przecież zostały białka.
8 białek
2 szklanki cukru
łyżeczka mąki ziemniaczanej
łyżeczka octu

Blaty bezowe piekłam najpierw 30 minut w 120 stopniach, a potem suszyłam 3 godziny w 100 stopniach.
Przełożyłam je serkiem mascarpone zmiksowanym z 200g serka czekoladowego.
Całość polałam polewą czekoladową zamarzającą.

czwartek, 24 stycznia 2013

Komplementuj mnie...

Dziś Międzynarodowy Dzień Komplementów, no ale jak Cię nikt nie komplementuje, to sobie musisz sama... Jestem fajna, jestem mądra, mam fajną rodzinę, fajnie gotuję, dbam o wszystkich, lubie robić innym przyjemności... basta.

Dzis też po raz pierwszy poszliśmy z Azulem na spacerek. Spacerek to zdecydowanie za dużo powiedziane. Wynieśliśmy malucha na zewnątrz na rękach, postawiliśmy na śniegu, postał, postał, zjadł trochę śniegu, a następnie błagalnym wzrokiem dał znać, że już dość i wracamy do domu.

Czyli jeszcze raz: jestem fajna, jestem mądra, mam fajna rodzinę........

wtorek, 22 stycznia 2013

Faworki i "pofaworki"....






Są potrawy, które robi się wyłącznie w określonych porach roku. W innych nie smakują tak samo, nie tak jak powinny. Chyba tak jest właśnie z faworkami. Typowo karnawałowa słodycz, chociaż słodycz to złe określenie, to wciąga jak chipsy, ale zdrowsze zdecydowanie.
Ja robię faworki z żółtek, takiej samej ilości piwa jasnego i mąki "do wgniecenia". Zawsze śmiałyśmy się z moją siostrą, jak pytałyśmy mamę ile mąki dodać do danego ciasta, zawsze odpowiadała "do wgniecenia" i w przypadku faworków tak właśnie jest.  Można je zrobić z 3 żółtek, a można w 20. A ilość mąki zależy nawet od wielkości jaj. A jak już ugniotę to ciasto, to myśląć o kimś kogo bardzo nie lubię, okładam to ciasto wałkiem z całej siły. Potem rozwałkowuję na bardzo cieniutkie placki, nastepnie tnę te placki na paski ok 3cm szerokości, przecinam w środku i zawijam jakby na supeł. Gotowe zawijasy smażę w kokosowym tłuszczu a jak ostygną, posypuję cukrem pudrem.
ZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcie


Po faworkach zostają białka i czasem robię z nich bezę, ale w karnawale zawsze "piegusa". Do niego biorę szklankę białek, szklankę mąki, szklankę cukru i szklankę masy makowej, łyżeczkę proszku do pieczenia, pół roztopionego masła. A upieczone w 180 stopniach ok. godzinę ciasto polewam rozpuszczoną czekoladą.




poniedziałek, 21 stycznia 2013

Nie miała baba kłopotu...

Synów mam dwóch...Starszy jest już zbuntowanym nastolatkiem, 14 rok na karku i podstawowa życiowa zasada "spokojnie, zdążę", nieważne, że wszędzie biegiem, ale się nie spóźnia. Wszystko aktualnie jest na nie...ale spoko, przejdzie mu...kiedyś napewno.
Młodszy mój synek ma 8 lat, ten to jeszcze ma siłę i ochotę na wszystko. Właściwie teraz jest trochę na etapie, że chciałby robić wszystko naraz, no i najlepiej bez pomocy kogokolwiek...

No dobra, ale ja do czegoś zmierzam przecież. Synowie moi śpią już i przesypiają całe noce, starszy to w weekend pewnie z łóżka nie wstawałby wcale. Zaczęli przesypiać całe noce odkąd skończyli rok. To cóż mnie kurde podkusiło, żeby kupić sobie szczeniaczka?
Przygotowałam się na to, że spacery, że sikanie w domu, że uczenie komend, że przytulanie... ale nie przygotowałam sie mentalnie na to, że sypiać przestanę... Ta mała cholera jest z nami od ponad tygodnia i od ponad tygodnia noc porwana jest na części. Śpi z nami w łóżku, a jakże. Przez pierwsze noce, wstawał i łaził, teraz już tylko przebudza się i bawi przez chwilę moimi dłońmi lub włosami, a potem wtula się w szyję i zasypia słodko.

A tak w ogóle to jest przesłodki i można łychami go jeść. A pachnie tak cudnie...



                                                  Taki sie urodził, 16 listopada




                            A taki był, jak przywieźliśmy go do domu 12 stycznia

poniedziałek, 19 listopada 2012

Bakłażan

Nie jestem przekonana do oberżyny, bakłażana czyli. Raz, kiedyś dawno temu zrobiłam i był gorzki, nie chciało mi się więcej próbować... I z zupełnie innego powodu dziś spróbowałam ponownie. Potrzebowałam zrobić mu zdjęcie, a co za tym idzie musiałam go kupić. No a jak już kupiłam, to wypadało przyrządzić. No to przyrządziłam, według przepisu, do którego robiłam to zdjęcie. Bakłażana pokrojonego w plastry ułożyłam na naoliwionej blasze, posoliłam dość obficie, położyłam na plastry szynkę. W międzyczasie pokroiłam pomidory w kostkę i wymieszałam je z czosnkiem i tymiankiem. Położyłam je na bakłażanach i wszystko posypałam żółtym serem. Zapiekłam 20 minut w 200 stopniach. Jakie było moje zdziwienie kiedy z apetytem zjadł je również Starszy, choć nie przepada za warzywami. Zostawiam sobie ten przepis i będę cyklicznie powtarzać, bo naprawdę warto.
A wino czerwone...oczywiście do popicia :-)

piątek, 2 listopada 2012

Niemiecki

Dziś przed lekcją...kompletne zaćmienie...nic nie pamiętam, nic nie umiem, nie nauczę się tego za cholerę.
Moja nauczycielka uspokoiła mnie, że to kolejny etap nauki, tak jest, że nagle myślisz, że już czarna dziura, a to nieprawda, tak naprawdę wiesz, ale myślisz, że nie wiesz...
Słucham ją, bo się zna. Reczywiście w trakcie lekcji olśniło mnie i już było dobrze. Nawet pokonwersowałyśmy trochę. Idzie ku lepszemu:-)

środa, 24 października 2012

Jesiennie

Co robić, kiedy jesień wdziera nam się do domu? Coraz mniej światła sprawia, że wszyscy chodzimy nabuzowani. Każdy krzyczy na siebie, ciężko się porozumieć i myśleć dokładnie w tym samym kierunku.
Starszy stawia się niemiłosiernie, na wszystkie nasze "tak" on zawsze odpowiada "nie" i na odwrót. Jeszcze to małe a już chce być dorosłe. Sama nie wiem jak go traktować, jak z nim rozmawiać. Ranić potrafi jak mało kto. Wiem, wyrośnie, ale dopóki to się nie stanie, osiwieję.
Młodszy wbił sobie do głowy psa, chcę, teraz i koniec. Będę się opiekował, karmił, wyprowadzał, przytulał...ciężko mu w to nie wierzyć, rozglądamy się i przyglądamy bacznie. Ciężko podjąć decyzję na wiele lat...
Ogólnie ciężko się na czymś skupić, dni coraz krótsze, tak wiele chciałoby się zrobić, a tak niewiele dnia co dzień. Nawet wymyślanie obiadu to wyższa szkoła jazdy. Nauka języka średnio mi wychodzi, niby wszystko rozumiem, a jak dochodzi co do czego, to nie pamiętam najprostszych słów. Tak móc sie wyłączyć, zresetować na chwilę i skupić wyłącznie na jednym temacie...niełatwo.

piątek, 19 października 2012

Niedoskonalamama.pl

Czy ja jestem zbyt niedoskonała aby uczestniczyć w tworzeniu portalu dla mam i nie tylko...chyba nie...
Czy w ogóle jest to możliwe, aby dziesięć kobiet dało radę się porozumieć, bez codziennych zgrzytów...ciężko jest, ale jest to możliwe.
Trzeba tylko mimo wszystko postarać się o szczerość i wywalać sobie prosto z mostu, co kogo boli. To moje zdanie i moje podejście do tematu. Jeśli jednak czasem starasz się być szczerym możesz oberwać po dupie. Ale myślę, że ostatecznie wyjdzie to na plus. Strona sie otworzyła, wymaga jeszcze masy poprawek...każde dziecko rodzi się w bólu, nawet to wirtualne.
Trzymam kciuki za założycielkę i za nas, bo jesteśmy w to zamieszane.
Wszystkich chętnych zapraszam i odsyłam do strony, z dnia na dzień będzie coraz lepiej.
www.niedoskonalamama.pl

środa, 17 października 2012

Blogować każdy może...

Namówiłam Młodszego do pisania bloga...pamiętnika o swoich przygodach. Starszy też pisze, tylko jeszcze nie osiągnął momentu, w którym będzie wiedział o czym pisać, ale próbuje, próbuje...

Za to małolat postanowił pisać po polsku i po niemiecku...ambitnie.

Tak się rozbujał, że mi komputer sprzed nosa zabiera, pracować nie daje i pisze!

Zdjęcia robi, dzień za dniem opisuje, zapalił się, ciekawe na jak długo starczy zapału.

No i jak tak dalej pójdzie to będzie lepszy ode mnie, albo może już jest?

Każdy z nas w młodości pisał swój pamiętnik, ale ja nie robiłam tego jak miałam osiem lat. Technika idzie z zawrotną siłą do przodu, niesamowite jak dzieci szybko sie rozwijają.

poniedziałek, 15 października 2012

Portal

Czy ja myślałam, że kiedykolowiek spróbuje coś napisać? Skrobie w tym blogu, ale żeby tak publicznie?
Jednak internet  to kopalnia wiedzy i miejsce nawiązywania znajomości, o których prawdopodobnie nie pomyślałybyśmy w realu.
Poznałam szalone dziewczyny (jedną znam już od dość dawna).
Będziemy tworzyć portal...no może się rozpędziłam, ja skromnie uczestniczę w przygotowaniach i postaram sie coś mądrego napisać, choć wcześniej tego nie robiłam.
Czuję, że to będzie cos wielkiego...

niedziela, 14 października 2012

MasterChef

Dzieci zrobiły dziś rano śniadanie...ugotowały parówki, pokroiły chleb i bułkę, ogórka, był śledź w śmietanie (no nie, bez przesady kupny był), herbata z cytryną.
A na koniec Młodszy zapytał, czy ma "oddać fartucha"...powiedziałam "przechodzisz dalej":-)
Egzamin na śniadanie zaliczyły...
Podobno dziś w planie jeszcze sałatka owocowa...juz się boję...ciekawe czyje palce będę zaklejać plastrami?

czwartek, 11 października 2012

Jabłkowo mi...

Na dworze dziś 9 stopni...czuć w powietrzu, że bliżej już zimy niż jesieni.
Zastanawiające, że zimą przy 9 stopniach opatulamy się czapkami, szalikami i rękawiczkami, a jesienią, to jeszcze cienka kurtka...o czapce i szaliku nie ma mowy. Ja tam sobie jeszcze wmawiam, że ciepło:-)
Po cotygodniowej nauce niemieckiego, postanowiliśmy z Młodszym, że wrócimy do domu piechotą...3 kilometry, co tam. Trochę podbiegliśmy, trochę pozbieralismy liści, bo się synowi przypomniało, że po feriach do szkoły ma przynieść (rychło w czas...trzy dni do końca ferii).


Zaczepił nas po drodze starszy Pan...grabił liście obok domu, sprezentował nam siatkę jabłek, jakieś 5 kilo szarej renety.
Będziemy przerabiać, będzie szarlotka i wątróbka z jabłkami, mus i kompot...

W ramach podziękowań Starszy poszedł pomóc zgrabić liście i przyniósł mamie bukiet kwiatów...Słodkie...







wtorek, 2 października 2012

Gra w życie...

Znacie??


Grałam z Młodszym, ale zadzwonił telefon.
Poprosiłam Starszego, żeby mnie zastąpił...
Po chwili:
Starszy:"Mamo, Ty jakąś kiepską pensję dostajesz? Na studiach nie byłaś?"
Ja: "No nie"
Starszy: "Nie dziwne, że masz taką kiepską pensję"

Czegoś się właściwie nauczy przez tą zabawę:-)

poniedziałek, 1 października 2012

Nauki ciąg dalszy...

Lekcja numer dwa

Dziś poznałam duuuuużo nowych słówek. Uczyłam się też rodzajników określonych i nieokreślonych.

Reasumując: język niemiecki to prosty język do nauczenia, trzeba tylko poznać reguły nim rządzące...
Kuć słówka...
Jasne, że dzieci chłoną jak gąbka...a ja to już najmłodsza nie jestem...ale chyba dam radę:-)

Ich fühlen mich wohl...

Naprawdę dobrze się czuję:-) Naprawdę...

sobota, 29 września 2012

Jajko mądrzejsze od kury...

Starszy zrobił mi wczoraj test z niemieckiego, czasowniki i ich odmiana...nawet nieźle mi poszło, chyba 97% na tak...wystawił mi ocenę.

Pierwszy krok zatem uczyniony, teraz tylko pokuć słówka i pomalutku można się zacząć odzywać do ludzi:-)

ich lerne
du lernst
er, sie, es lernt
wir lernen
ihr lernt
Sie lernen

haha...